Przypadek

   To było niesamowite. Zatelefonowałam do niego, w odpowiedzi na jego prośbę. Tym razem jechałam na dość długi okres czasu (zwykle byłam 3 do 5 dni, podczas których odwiedzałam wyłącznie rodzinę), więc wymyśliłam, że pierwszego dnia wyślę „tysiąc” smsów i wykonam tyleż telefonów, by umówić się jak najszybciej ze wszystkimi, którzy będą mieli dla mnie czas. Okazało się, że wyjątkowo się ucieszył z mojego telefonu i zaproponował na spotkanie dzień jeszcze niewypełniony rodzinnymi zobowiązaniami. Potem dostałam ogromnie miłego smsa, który czynił ze mnie kobietę. Wprawdzie jestem nią od urodzenia, ale niestety bez koniecznego udziału męskiej uwagi, ta rzekoma kobiecość się rozpływa, unicestwia. Cieszył się, że będę wiele dni i szybko się zdeklarował z propozycją spotkania kolejnego, na co przystałam z radością. Znaliśmy się zawodowo od lat i – mam nadzieję – lubiliśmy, mieliśmy o czym rozmawiać, niekoniecznie monotematycznie, czyli wyłącznie na tematy zawodowe. Następne spotkanie zostało zaplanowane z dala od zgiełku, co w jakiś dziwnie sprzyjający sposób zapewniał uroczy letni ogródek z dyskretną obsługą.
   Ku mojemu zaskoczeniu spotkanie było pełne jego nadziei i niewinnych aluzji, których w pierwszej chwili nie zauważyłam. Od dawna moje znajomości ograniczały się do typowo ludycznego bycia ze sobą, wymiany myśli, wspomnień, żartów, w związku z czym zatraciłam instynkt bycia kobietą w każdej sytuacji. Czując się od lat jak przedmiot, nie jak podmiot spotkań, zatraciłam czujność i zatraciłam radość flirtowania. Poza tym pole zawodowych kontaktów od wielu lat zawężone do pojawiających się przypadkowo potrzeb, niemała odległość na pewno nie sprzyjają kwitnieniu towarzyskich związków. Słowem nie załapałam, że stałam się obiektem zainteresowania, niechcący podsycanego przeze mnie faktem wydłużonej obecności i nie odliczających się wszystkich spotkań. Siedząc w owym przyjaznym ogródku otrzymałam wiadomość od koleżanki, że oto niestety następnego dnia nie będzie mogła się ze mną spotkać, co spontanicznie przekazałam mu między wersami o krętych, politycznych losach naszej rzeczywistości, stanowiącej w danym momencie temat naszej rozmowy. Ożywił się i zainteresował i szybko stwierdził, że da mi znać wieczorem, czy uda mu się znów wyrwać (wszak pracował, to ja miałam urlop), by się ze mną spotkać. Oczywiście czas wygospodarował, oczywiście tak poukładał wszystko, że kolejne tete a tete doszło do skutku, ale najpierw dyskretnie i taktownie zapytał czy może spacer w kierunku pobliskiego parku, nie byłby przyjemniejszy od miejskich ogródków. Wiedział, że mieszkam w pobliżu owego parku, sama, choć u rodziny, która na wakacjach. By uniknąć czekania na przystanku, umówiliśmy się u mnie. Gdy dotarł nieoczekiwanie spacer został przełożony na bliżej nieokreślony termin, a my nagle upojeni samotnością we dwoje, zaskakującym i nagłym obrotem sytuacji, staliśmy się sobie bliżsi, niż kiedykolwiek myśleliśmy, a może niż kiedykolwiek ja myślałam. Zamiast spaceru odbyliśmy seans czułych szeptów, smakowanych pieszczot, zaskakujących wyznań, zupełnie nie kontrolowanej pełnej szczęścia radości, czując się jak para nastolatków podczas pierwszego wspólnego wyjazdu na wakacje. Być może ta kompletnie nieoczekiwana sytuacja sprawiła taką eksplozję, a być może odpowiedzialne za to były uśpione emocje. Naturalnie jasnym się stało, że każda wolna chwila będzie nasza, tak więc odbębnialiśmy swoje zajęcia tak szybko jak to możliwe, by być ze sobą jak najdłużej, a kiedy mój urlop dobiegł końca, usłyszałam obietnicę rychłego przyjazdu do mnie. Przypadek sprawił, że nieoczekiwanie świat wydał się inny, bardziej kolorowy i przyjazny, a samotność przestawała straszyć...

Opowiadanie opublikowane na blogu http://joannagrochowska.blogspot.com 29.06.2009