strona: 1, 2, 3

“O Apelu Aktorów i Widzów Polskich Teatrów słów kilka”

Otrzymałam e mail’em poniżej prezentowany Apel Aktorów i Widzów Polskich Teatrów, który miałam podpisać i przesłać dalej. Nie podpisałam, ale posłałam dalej. Nasunęło mi się kilka uwag w trakcie czytania tego dość zamotanego, a jednocześnie ciut megalomańskiego tekstu.
Ja będąca całym sercem po stronie szeroko pojętej (wysokiej) kultury, w tym teatru i artystów, jestem całym sercem przeciw tezom zawartym w apelu. Przypominające czasy minione artystowskie żądania uświadamiają, że oto aktorzy chcą rewolucji! Rewolucji, z której wychodzą z wszelkimi przywilejami, bez obowiązków wobec państwa, w tym także naczelnego obowiązku szanowania publicznego grosza czyli pieniędzy podatnika.
Bełkotliwy, aczkolwiek ze skłonnością do uczonego brzmienia język, styl pierwszomajowej nowomowy oraz jakby skądś znane „postulaty” nie pozostawiają mi wątpliwości, że miejsca tam na mój podpis nie ma, przynajmniej do czasu kiedy uda mi się poznać tekst krytykowanego projektu ustawy, bo lubię znać racje obu stron. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że twórcy apelu zupełnie zapomnieli, że 20 lat temu mówiąc językiem polityki „odzyskaliśmy wolność”, która oznacza także wolnorynkową wolność kultury. W świecie cywilizowanym kulturalnie i kulturowo nie ma w każdej prowincjonalnej dziurze (sama w takiej mieszkam) teatru, teatru szczęśliwie dotowanego przez państwo, który zatrudnia, jak za czasów jedynie słusznych, na etacie nawet halabardzistów. Dziś jest pora na teatry impresaryjne, które utrzymują się ze sprzedaży biletów i nie odrzucają sponsoringu. Clou życia teatralnego powinna opierać się jak najbardziej o rynek, tj. o teatry prywatne, które żyją z biletów, a ich sprzedaż decyduje o ich istnieniu. Ostatnie lata pokazały, że takie fakty mają miejsce i mimo wysokich cen, wstęp do nich jest trudny, bo chętnych jest więcej niż miejsc. I to jest zjawisko bardzo optymistyczne. Teatr nie jest sztuką masową i powinien być oczekiwanym świętem.
Polska wzorem innych cywilizowanych krajów, które od stuleci tworzą kulturę (która tam nie upadła, a kieruje się takimi samymi uwarunkowaniami ekonomicznymi) powinna mieć jeden teatr narodowy, jeden teatr operowy, jedną filharmonię i te instytucje, jak najbardziej powinny być finansowane z budżetu państwa. Kwoty przeznaczane na dofinansowanie prowincji, powinny trafiać do narodowych instytucji kulturalnych w całości, by mogły przyciągnąć twórców wybitnych, a przez drogie, niedostępne ogólnie przez dofinansowanie bilety, powinny stać się instytucjami prawdziwie kulturalnymi (elitarnymi) o wyszukanym repertuarze, gdzie nonszalancja pseudo teatromanów czy melomanów każe nam obcować z adidasami zamiast lakierków, czy dżinsów i rozwleczonego sweterka, zamiast smokingu czy wieczorowego garnituru.
Teatr powinien spełniać rolę pracodawcy, który płaci za wykonaną pracę, a nie przechowalni aktorów utrzymującej ich za figurowanie na etacie. Teatry nie powinny być także miejscem dla reżyserów czy dyrektorów wizjonerów, którzy dzięki dotacjom państwa mogą bezkarnie epatować swoimi mniej lub bardziej trafionymi pomysłami, stanowiąc nieusuwalne zło. No chyba, że sami za swoje pieniądze tworzą teatry (sceny) dla realizacji swoich pomysłów.
To właśnie komercyjna rzeczywistość szybciutko weryfikuje ich przydatność oraz faktyczną wartość. Wyrównuje patologie i jasno określa wymogi zawodowe. Jesteś dobry, grasz, jesteś kiepski, zmieniasz zawód albo ciągniesz ogony, jednak nie za pieniądze podatnika! Dla mnie postulaty apelu sprowadzają się do jasno określonych przywilejów dla artystów, przypisujących sobie wieszczą, ponadprzeciętną, niemal mistyczną rolę. To nieuczciwe, bo wolny rynek wszelkie przywileje znosi. Bufonada płynąca z logiki apelu jest dość porażająca. Być może zmienię zdanie jak będę miała szansę przeczytać projekt zmian.
Aktor wykonuje tzw. wolny zawód i powinien być zatrudniany na umowę o dzieło, bo kreacje teatralne są w jakiejś mierze dziełem i sam powinien dbać o ich jakość. Nic nie działa tak demoralizująco w tym zawodzie jak etat i to koniecznie na czas nieokreślony. Tak jak działające na zupełnie już nie przystających do obecnej rzeczywistości zasadach związki zawodowe (ustawa winna być od dawna zmodyfikowana, związki wyprowadzone z miejsc pracy, działalność w nich powinna być społeczna, a członkowie jak i szefowie nie powinni być "ustawowo" chronieni latami przed zwolnieniem!). Kodeksowy miecz, który realizuje li tylko interes wąskich grup, zrzeszających najczęściej towarzystwo wzajemnej adoracji, wcale nie całe środowiska. Nie mogę się zgodzić z tezą, że kierowanie teatrem to nie jest to samo, co kierowanie zwykłym przedsiębiorstwem! Co autorzy apelu mieli na myśli pisząc pejoratywnie o „zwykłym” przedsiębiorstwie? Teatr to też rodzaj przedsiębiorstwa, a to, że tworzy się tam sztukę, a nie produkuje zapałki wcale nie znaczy, że jest ono „niezwykłe” lub lepsze. I tu i tu zarządza się zasobami ludzkimi, prowadzi sprawy kadrowo-płacowe, dba o tzw. park maszynowy, reklamę i dobry marketing, by sprzedać swój produkt. A to właśnie owo „zwykłe” przedsiębiorstwo pracuje na to, by „niezwykłe” przedsiębiorstwo jakim jest teatr mogło funkcjonować. Wyłażąca jak słoma z butów bufonada apelu nie służy dobremu klimatowi do podpisywania się w jego obronie. No i nie mogę wyjść ze zdumienia, że protest firmuje - nomen omen - Joanna Szczepkowska! Czy na pewno to TA SAMA Joanna Szczepkowska???

Przedruk tekstu apelu za otrzymanym od wysyłającego e mail'em - nie ponoszę odpowiedzialności za treści i błędy w nim zawarte.

APEL AKTORÓW i WIDZÓW POLSKICH TEATROW

W 2009 roku zapowiedziano rządowy plan „rewolucyjnej deregulacji” działalności kulturalnej. Mającej uprościć, odbiurokratyzować i uwolnić od zbędnych, szkodliwych ograniczeń oraz niedoskonałości zasady funkcjonowania publicznych instytucji kultury i poprawić warunki pracy twórczej i artystycznej autorów i artystów wykonawców.
Przed Kongresem Kultury Polskiej, Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego przedstawiło założenia projektu zmian prawa kultury. Jednak – jak wiele kontrowersyjnych twierdzeń, zawartych w opublikowanych przed Kongresem raportach, dotyczących różnych dziedzin kultury – założenia te wzbudziły zdecydowany sprzeciw lub poważne zastrzeżenia przedstawicieli środowisk twórczych, instytucji kultury i odbiorców – widzów, słuchaczy i innych uczestników rozmaitych form działalności kulturalnej. Powstaje nieodparte pytanie: dlaczego tak się stało? Poniżej przedstawiamy próbę odpowiedzi na to zasadnicze pytanie.
Projekt „rewolucji kulturalnej” prof. Hausnera przygotowano arbitralnie i dyskrecjonalnie. Bez udziału twórców i szerokich, rzetelnych konsultacji środowiskowych. Pogłębionych, fachowych wielostronnych analiz i diagnoz stanów faktycznych. Projekt opracowało wąskie grono równie arbitralnie wybranych autorów. Często nie zajmujących się profesjonalnie kulturą. Rozpatrujących i uwzględniających głównie finansowe, wąsko-ekonomiczne i rynkowe, regulacyjno-prawne, teoretyczno-menadżerskie aspekty działalności kulturalnej. Jakby szło o zwykłą działalność gospodarczą, którą działalność kulturalna nie jest. Nie tylko ze swej istoty, podstawowych, nadrzędnych celów i zadań społecznych, ale i z mocy prawa.
W oderwaniu od polskich realiów i najnowszych europejskich tendencji, postulowano daleko idące wycofanie się organów państwa i samorządu terytorialnego z realizacji obowiązkowych, konstytucyjnych zadań mecenatu w sferze organizacji, prowadzenia i finansowania publicznych instytucji kultury. Będącego niezbywalną materialną gwarancją dostępu obywateli do dóbr kultury i uczestnictwa w kulturze. Proponowano w zamian sponsoring prywatny i prowadzenie działalności kulturalnej na zasadach ekonomiczno-rynkowych.
W działalności kulturalnej pierwszorzędne znaczenie mają kreowane wartości niematerialne o zasadniczej wadze publicznej. Jej głównym celem jest zaspokajanie społecznych i indywidualnych potrzeb kulturalnych. Zapewnianie odbiorcom doznań estetycznych, emocjonalnych, przeżyć, refleksji intelektualnych i moralnych. Wzbogacających różne sfery ludzkiej wrażliwości. Krzewienie najważniejszych wartości moralnych. Wywoływanie refleksji nad życiem godziwym i niegodziwym, dobrem i złem. Kultura jest więc najpierw zawsze domeną tworzenia i istnienia wartości pozamaterialnych. Choć wiele dóbr kultury ma też komercyjną wartość rynkową, wyrażaną w pieniądzu, istotne gospodarcze znaczenie i przynosi dochody. Propozycje zmian prawa, umożliwiające prywatyzację lub likwidację publicznych instytucji kultury, zostały zdecydowanie odrzucone przez wszystkie polskie środowiska twórcze, animatorów kultury i osoby w różny sposób uczestniczące w kulturze. Jako niekonstytucyjne i niedopuszczalne wobec roli i znaczenia tych instytucji dla ochrony i rozwoju polskiej kultury narodowej, jej dziedzictwa, prawnie chronionej odrębności i tożsamości kulturowej
. W konfrontacji z rzeczywistością, tezy o rzekomym kryzysie polskiej kultury i publicznych instytucji kultury, mimo nękających je nadal niedostatków środków finansowych, słabości infrastruktury, licznych ograniczeń i trudności formalno-organizacyjnych, są ewidentnie nieprawdziwe. Potwierdzeniem potencjału, rozwoju i żywotności polskiej kultury jest rosnące uczestnictwo odbiorców w jej różnych formach. Sukcesy coraz większej liczby dzieł polskich autorów i wybitne osiągnięcia polskich artystów wykonawców w kraju i zagranicą. Kuriozalnym komentarzem, oddającym jednak sposób myślenia o projekcie „rewolucji w kulturze” i skrajne, doktrynerskie poglądy jej autorów, była wypowiedź prof. Balcerowicza, iż dofinansowywanie biletów do teatrów i innych publicznych instytucji kultury ma rzekomo wyłącznie elitarny charakter i krąg beneficjentów, więc jest społecznie nieuzasadnione i należy z niego zrezygnować – w odróżnieniu od finansowania zakupów czołgów (sic!).
Takie podejście i płytko demagogiczna, pseudorewolucyjno-militarna, antyinteligencka retoryka, zawsze były i są absurdalne i skrajnie szkodliwe w odniesieniu do kultury. Szczególnie dziś, w warunkach pokoju, postępującej integracji, bezpieczeństwa i współpracy europejskiej, jest to absolutnie nie do zaakceptowania. Podczas gdy ekonomiści i specjaliści od finansów publicznych, badający rzetelnie wpływ kultury na rozwój współczesnej, poprzemysłowej gospodarki narodowej, twierdzą, że każda złotówka zainwestowana w działalność kulturalną przynosi w ostatecznym rachunku co najmniej pięć złotych zysku. Nie licząc najważniejszych, najczęściej niewymiernych w pieniądzu, trudnych do przecenienia, podstawowych rezultatów i korzyści społecznych w postaci kreowanych w procesach twórczych wartości niematerialnych. Tkwiących we wszelkich dobrach i przejawach działalności kulturalnej. Profesjonalnej i amatorskiej. Nawet najbardziej popularnej, masowej i rozrywkowej.
Publiczne teatry, opery, filharmonie, orkiestry, zespoły baletowe i inne instytucje kultury szczęśliwie nadal istnieją i działają w Polsce. Równocześnie jako ostoje narodowej, europejskiej i światowej tradycji, dziedzictwa kulturowego oraz ośrodki promocji najnowszych dzieł i nowatorskich form ich artystycznej prezentacji i interpretacji. Wbrew skrajnie krytycznym, fałszywym opiniom nie są w stanie kryzysu. Mimo zróżnicowanej kondycji i licznych problemów. Nie wolno jednak nikomu ich zniszczyć, wprowadzając w nich pospieszne, nieprzemyślane, biurokratyczne organizacyjno-prawne zmiany systemowe.

strona: 1, 2, 3