“Herbert w podróży służbowej” - recenzja wystawy “Apostoł w podróży służbowej” i spektaklu “Powrót Pana Gogito” 11.06.2007

   11 czerwca 2007 roku otwarto na Placu Biegańskiego plenerową wystawę zatytułowaną „Apostoł w podróży służbowej”, poświęconą reminiscencjom z podróży w krainę sztuki, ale nie tylko, Zbigniewa Herberta. Wystawa zawiera teksty poety, przyporządkowane obrazom znakomitych mistrzów pędzla oraz jego rysunki, które powstały jako ich swoiste „kopie”. Jest to filozoficzna podróż w głąb siebie, dla której inspiracją stały się owe dzieła malarskie.

   Trudno ocenić jak dalece trudne i wymagające skupienia teksty Zbigniewa Herberta zapiszą się w pamięci przechodniów biegnących do autobusu, ale pewnie warto o to zabiegać.
   Naczelnik Wydziału Kultury Ireneusz Kozera chciał święto Herberta w Częstochowie dodatkowo rozszerzyć i uświetnił go sprowadzeniem spektaklu „Powrót Pana Cogito” w wykonaniu Zbigniewa Zapasiewicza. Poniedziałek to dzień wolny w teatrze, ale odkąd sztuka musi mierzyć się z ekonomią, znane i poważane spektakle odwiedzają prowincję właśnie w ten dzień.
   Pomysł dobry, szczególnie w okresie przedwakacyjnym, ale wnet okazało się, że częstochowianie jednak prezentują gusty plebejskie, jak swego czasu doskonale to ocenił nieodżałowany Marek Perepeczko i na wysokiej sztuce się po prostu nie znają. Święcąca pustkami sala na pewno nie była zachętą dla aktora największych scen stołecznych i całego kraju.
   Na przełomie lat 70-tych i 80-tych aktor ten święcił swe największe sukcesy teatralne, grając we wszystkich premierach Teatru Dramatycznego w Warszawie, które dzięki nieżyjącemu już Markowi Obertynowi, aktorowi tego samego teatru, mogłam oglądać. Opanowany perfekcyjnie warsztat, maestria i rewelacyjne wyczucie budowanych ról, diametralnie się od siebie różniących („Ksiądz Marek” J. Słowackiego, „Pieszo” S. Mrożka, „Przygody Kubusia Fatalisty” czy „Operetka” W. Gombrowicza), sprawiało, że można było śmiało stawiać Zbigniewa Zapasiewicza na pierwszym miejscu w aktorskim panteonie. Tak zapamiętany, w Częstochowie mnie rozczarował, nie tylko nie prezentując lwiego pazura intelektualnego aktorstwa, którego był mistrzem, ale nade wszystko „zwiędłością” interpretacji. Doskonała dykcja i znakomite warsztatowe przygotowanie nie zapewniły wyborowej interpretacji na poły filozoficznych tekstów Herberta. Zmęczony i zbyt często, papierosowo kaszlący aktor, nie stał się oczekiwanym mistrzem, rzucającym na kolana. Poetyckie, o wysublimowanych tekstach pieśni w interpretacji Olgi Sawickiej, będące uzupełnieniem i udekorowaniem deklamowanych wersów Zbigniewa Herberta, wprowadziły nieco życia w ten trudny i duszny spektakl, ale też go nie poprawiły. Częstochowska wątła publiczność obecna na sali nie zgotowała aktorom owacji, nagrodziła ich jedynie dość długimi, ale wymuszonymi zbyt wolnym poruszaniem się po scenie Zbigniewa Zapasiewicza, świadomie przeciągającego swą na niej obecność, brawami.
   Nie jestem pewna, czy Herbert i Pan Cogito byliby zadowoleni z tak odbytej podróży służbowej...