“Dwa oblicza “Tataraku”” - recenzja filmu “Tatarak” w reżyserii Andrzeja Wajdy

Wczoraj udało mi się wybrać do kina na niezwykle reklamowaną i recenzowaną nadzwyczaj pozytywnie ekranizację opowiadania "Tatarak" Jarosława Iwaszkiewicza w reżyserii Andrzeja Wajdy z Krystyną Jandą w roli głównej. Dla mnie kinomanki od urodzenia tak elektryzujące nazwiska twórców stanowią zachętę samą w sobie, by nie zapominać, że czasy jedynie słuszne można było kulturowo przetrwać między innymi dzięki filmom Wajdy. Poza tym chciałam sobie zestawić dwie wersje filmowe tego opowiadania, obecną z tą zapomnianą, z lat 60-tych, z kapitalną w roli Marty Zofią Rysiówną. Niestety ta ekranizacja okazała się dla mnie nieporozumieniem, a w grze Krystyny Jandy nie znajduję symptomów roli życia, o której pisali recenzenci, a także mówiła sama aktorka w wywiadzie dla kolorowego pisma. Należy podkreślić profesjonalny warsztat artystki, a dalej tylko epatowanie bólem i śmiercią, które wyzierają z każdego fragmentu filmu. To potwierdza, że dziś recenzje pisze się "pod” osobę reżysera czy aktora, a pełne zachwytu słowa miały pewnie spełniać rolę terapeutyczną dla Krystyny Jandy. Połowa filmu poświęcona jest właściwie przeżyciom aktorki w związku ze śmiercią jej męża Edwarda Kłosińskiego i film jest jemu dedykowany. Można zatem śmiało stwierdzić, że to obraz o Krystynie Jandzie, nie o losach bohaterki opowiadania pani Marcie, młodym chłopcu i tataraku. Składa się jakby z trzech przeplatających się sekwencji: spowiedzi Jandy, uwag z planu filmowego oraz filmu „właściwego”, tego wedle motywów z opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza. Niestety w tej ekranizacji najmniej jest opowiadania „Tatarak”, a przeplatanka sekwencji sprawia, że za dużo w nim niedopowiedzeń w sferze literacko-fabularnej, spowiedź Jandy wydaje się zbyt intymna i niepotrzebne wydają się sceny z planu. To sprawia, że nie bardzo wiadomo o czym ten film jest, poza wrażeniem, że stał się dość jednoznacznie „dokumentem” o cierpieniu aktorki Krystyny Jandy, a nie o zauroczeniu Marty, żony szanowanego lekarza (którego znakomicie gra Jan Englert), młodym chłopcem, dla którego „przygoda” z umajaniem domu tatarakiem okazałą się śmiertelna. W filmie jest coś niemoralnego, coś co może trudno zdefiniować, ale o ile zapiski aktorki (na podstawie których powstała część scenariusza) są na pewno doskonałym materiałem na monodram, tak utrwalanie tego w filmie i to filmie o zupełnie innej tematyce razi „układaniem” się reżysera Wajdy z aktorką Jandą co do celu i wymowy „właściwego” tematu. Osobiście mam do śmierci stosunek szczególny, jest to dla mnie przeżycie głęboko intymne, przeżywane samotnie, w sercu (a raczej w głowie) i za nic nie chciałabym być obiektem „omawianym” ani tymbardziej „omawiającym”. To jest dla mnie okrutne, szczególnie w stosunku do – ponoć -bezwarunkowo kochanego człowieka i stanowi rodzaj psychicznego sado-masochizmu. Pół roku temu zmarła bardzo długo cierpiąc moja Mama, więc doskonale rozumiem grozę tego wydarzenia.
Poza tym należy docenić wajdowską malarskość ekranizacji, dbałość o szczegóły scenograficzne i profesjonalizm techniczny. Mimo tego mnie film rozczarował. Myślę, że Andrzej Wajda powinien bardziej skupić się na pracy jako ekspert i promotor młodych talentów, do których ma rękę wyjątkową, natomiast kręcenie filmów zostawić swoim następcom.

Recenzja opublikowana na blogu http://joannagrochowska.blogspot.com 9.06.2009