“Awers czy “Rewers”? - recenzja filmu “Rewers” w reżyserii Borysa Lankosza

Wybrałam się na szeroko omawiany w mediach, nagrodzony w Gdyni, nominowany do Oscara, film „Rewers” w reżyserii Borysa Lankosza z Agatą Buzek w roli głównej i bardzo już popularną muzyką Włodka Pawlika. Poszłam zaciekawiona, szczególnie, że jedną z aktorek grających główną rolę jest wielbiona przeze mnie Anna Polony, która stanowi gwarancję dobrego kina, a na pewno koncertowej gry aktorskiej.
Film zrobiony w konwencji czarno-białej (z niewielkimi fragmentami w kolorze), robiącej wrażenie dokumentalnej, z wkomponowanymi kadrami z polskich kronik z lat 50-tych, bo akcja toczy się w 1952-3 roku, ze starannym zachowaniem szczegółów epoki. Zakwalifikowany do gatunku „czarnej komedii”, mimo dużych emocji w nim zawartych, toczy się dość leniwie. Zręcznie napisane role, mocno zarysowane postacie, tyleż zaskakująca, co mroczna fabuła, by o czasach jedynie słusznych w tle nie wspomnieć.
Nominacja do Oscara to – jeśli chodzi o pomysł na scenariusz - wyraźne piętno hollywodzkie. Jednak pomysł, by go osadzić w socjalistycznej rzeczywistości nadaje filmowi niecodzienny i na pewno nie amerykański sznyt. Nie mogłam jednak, przez cały czas trwania filmu, uwolnić się od wrażenia pewnego przerysowania – przerysowania postaci, emocji, zachowań, zdarzeń, co być może było zamysłem reżysera. Dla mnie stanowi to jego słabość, bo nie mogłam się oprzeć wrażeniu nienaturalności gry nie tylko głównej bohaterki.
I jednocześnie znakomita Anny Polony w roli babci pozwalała śmiać się tam, gdzie szyta na miarę potrzeb roli życiowa mądrość przyjmowała szaty żartu lub pure nonsensu. Stonowana, oszczędna Krystyna Janda w roli matki i bardzo przejęta, z delikatną przesadą starająca się wtłoczyć w filmową postać Agata Buzek, to role wyraziste warsztatowo. Natomiast Marcin Dorociński upozowany na młodego stalinowskiego aparatczyka nie wyszedł poza poprawność zawodową, tak jak aktorzy drugiego planu.
Film wciąga, ale nie zachwyca, chwilami się dłuży i jeśli porównam słowa recenzji na jego temat, których udało mi się wysłuchać w radiowej Trójce z moimi wrażeniami, to ja czułam się rozczarowana i powiem więcej boję się, że Lwy Gdańskie są nagrodą lekko na wyrost, albo mamy tak słabe młode kino, a jeszcze słabszą bądź koniunkturalną ich ocenę. Film jest po prostu inny od zalewających nas propozycji głupawych komedyjek romantycznych, stąd staje się jakby automatycznie filmem ambitnym.
Do czarnych komedii mistrza Hitchcocka mu daleko, jeśli przerysowania traktować jak puszczanie oka do widza, to można uznać go za film przewrotny, a dostrzegając nierówną siłę aktorskiego warsztatu, to film staje się przeciętny.
Myślę, że odzwyczailiśmy się już od prawdziwie dobrego kina, dlatego łatwo przyjmujemy ledwie odmienność z dobrodziejstwem inwentarza. Film warto zobaczyć, ale nie jestem pewna czy należy się nim zachwycać.

Recenzja opublikowana na blogu http://joannagrochowska.blogspot.com 10.12.2009