“Trans” w transie czy trans w “Transie” - recenzja książki Manueli Gretkowskiej

“Trans” to pierwsza przeczytana przeze mnie książka Manueli Gretkowskiej. Do tego momentu pisarka jawiła mi się jako medialna (a może nie tylko) skandalistka, myślę, że po kobiecemu przewrotnie zwracająca w ten sposób na siebie uwagę. Kiedy widywałam Ją w telewizji, zwykle z przyjemnością słuchałam ciekawych wypowiedzi, niekoniecznie się z Nią zgadzając. Niemniej nie można było nie zauważyć błyskotliwej inteligencji, rzeczowego podchodzenia do problemów oraz kultury prowadzenia sporu / dyskusji / rozmowy. “Trans” popularyzowany jako historia toksycznej miłości Autorki i Andrzeja Żuławskiego w sezonie ogórkowym zachęcał do zmierzenia się z tematem cudzych problemów uczuciowych. Zwłaszcza, że osoba pisarza i reżysera, znana mi od lat, kojarzyła mi się nieodmiennie z modliszką pożerającą swe ofiary. Poczynając od historii filmu “Trzecia część nocy”, po nakręceniu którego Małgorzata Braunek, wtedy piękna i młoda jego żona, grająca w owym czasie główne role u samego Wajdy, dla wyciszenia pobudzonego przez psychopatycznego reżysera ego wybrała buddyzm i ucieczkę do Indii, przez Iwonę Petry, wprawdzie nie aktorkę, ale debiutantkę grającą tytułową “Szamankę”, która skończyła leczeniem psychiatrycznym po Sophie Marceau, która po wieloletnim związku też odeszła, na szczęście nie na leczenie, a do młodszego mężczyzny.
Książka trudna do szybkiego, jak na sezon ogórkowy przystało przyswajania, w części zasadniczej zamiast prostej narracji, pełna jest egzystencjalnych, nieco histerycznych odniesień, w tym do antropologii kultury (którą autorka studiowała), a także różnych metafizycznych wrażeń i przeżyć będących wynikiem kontaktu z substancjami halucynogennymi. Stanowią one dodatek do opisywanych sytuacji zwyczajnych, które pewnie miały nadać odbiorcy wymiar nadzwyczajny i tym samym sprawiać wrażenie wyrafinowanego intelektualnie tekstu. Czytając odnosiłam wrażenie, że Manuela Gretkowska chciała się z tym fragmentem swojego życia złapać za bary i rozliczyć, gdyż była to miłość niezwykle toksyczna, wiernopoddańcza, kiedy kobieta całkowicie gubi swą godność. Ale jednocześnie pokazać siebie jako kogoś zupełnie innego, jakby stojącego ponad, mimo że reżyser sprowadzał swoje kobiety wyłącznie do roli kapłanki spełnionego seksu i stale obecnych służących. Kiedy jednak miłość do niego się wypala i bohaterka dojrzewa do rozstania, przeprowadza na końcu swej powieści, a może raczej spowiedzi? dokładną i bardzo szczegółową wiwisekcję sytuacji, która pomaga jej przywrócić utraconą równowagę. Owa wiwisekcja jest czymś w rodzaju samousprawiedliwienia czy może raczej samorozliczenia z czasem minionym, wstydliwym i pełnym pogardy ze strony partnera. Szczególnie, że nie ukrywa swojej niezwykłej wrażliwości, umiejętnie cyzelowanej między poszczególnymi fragmentami przeżyć, choć i skrywanej pod płaszczykiem wyemancypowania.
Powieść pełna jest zupełnie niepotrzebnych paranaukowych dygresji, mających pewnie "zaświadczać" o wiedzy i intelekcie autorki, a tym samym być może zaprzeczać wizerunkowi skandalistki. Jednak posługiwanie się niewybrednie dosadnymi by nie rzec wulgarnymi opisami intymnego życia bohaterów, fakt ten tylko potwierdza. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że książka nosząc znamiona catharsis w rezultacie nosi charakter nieco kabotyńskiego samobiczowania, co tym samym sytuuje ją wśród rozchwianej emocjonalnie literatury, którą uprawia także ukochany autorki - bohaterki.
Trudno zatem polecać ją jako kanikułowo “lekką, łatwą i przyjemną”, bo jest w wymiarze intelektualnym miałka, a w warstwie czytelniczej męcząca.

Recenzja opublikowana na blogu http://joannagrochowska.blogspot.com 2.09.2011