"Wieczór Trzech Króli" w Teatrze im. Adama Mickiewicza w Częstochowie.

O sceniczne przysposobienie tekstu najbardziej znanej komedii “romantycznej” Williama Szekspira “Wieczór Trzech Króli” do wystawienia jej na deskach częstochowskiego teatru, dyrektor poprosił twórców zza wschodniej granicy: reżysera - Gennady'ego Trostyanetskiy'ego, scenografa –Viacheslava Okuneva oraz reżysera ruchu – Vladimira Goncharova. Wedle zamieszczonych na stronie internetowej teatru biogramów to szeroko (w Rosji) znani, poważani i zasłużeni artyści. W reklamowym druku zastępującym program obok nazwisk twórców inscenizacji czytamy o - podobno - “skrzącym się dowcipem” tekście komedii Szekspira oraz znakomitym - podobno - tłumaczeniu Stanisława Barańczaka. Okazuje się jednak, że ani tłumaczenie ani sprowadzeni twórcy nie ratują spektaklu przed koncepcyjną klapą, obnażając przy okazji bezsens oddawania pieniędzy podatników we władanie dyrektorów prowincjonalnych teatrów. Dyrekcja nie mając pomysłu na prawdziwie awangardowe albo zwyczajnie rzetelne warsztatowo wystawienie dramatu ucieka się do pomocy operujących teatralnym bełkotem plagiatorów. Bogata scenografia z wymyślnymi kostiumami, koncepcja artykułowania tekstu oraz ruchu scenicznego, miast cieszyć nowatorską wizją, obnaża iluzoryczną wiedzę twórców na temat comedie dell'arte oraz zauroczenie "Gwiezdnymi wojnami”, które to klasyczne wzory w swej inscenizacji mało oryginalnie wykorzystują. Aktorzy wtłoczeni w różnorodne stylistycznie kostiumy nie prezentują "swobodnych i uduchowionych" ciał, co sugeruje na stronie internetowej artysta reżyser ruchu, a nieudolne, marionetkowe pląsy. W stosunku do wzorów, z których czerpano, pomysł inscenizacji jest kiczowaty i tandetny, tekst wcale nie skrzy się dowcipem, nie śmieszy, drażni uszy włączeniem do dialogów jednoznacznie kojarzących się germanizmów (schnelle, schnelle!), żydowskiego akcentu (po co?) i współczesnych, nie mających żadnego związku, odniesień do bieżącej polityki. Nie porywa też aktorskie rzemiosło. Śmiech widzów (szczególnie młodych) trwa krótko i szybko gaśnie gdy mało wybrednie tłumaczony tekst oraz prymitywne aluzyjne gesty odnoszą się do fallusa. Tak więc trwonienie pieniędzy podatników na ni to comedie dell'arte, ni to science fiction, ni teatr bulwarowy jest łagodnie mówiąc nieporozumieniem. Dyrektor musiał na to wyrazić zgodę. Pewnie problemu nie widział, bo szastał pieniędzmi nie ze swojej, na pewno - a jakże! - skromnej kieszeni, a z publicznej, czyli między innymi mojej. Ten sam, który niedawno żalił się w mediach na brak propozycji filmowych. I pewnie chcąc mieć problem z głowy, udał się w pośpiechu na ich poszukiwanie nie werbalizując umiejętności zaproszonych gości. Częstochowski teatr od lat nie ma szczęścia do dyrektorów i od lat - mimo wciąż restaurowanych na nowo ambicji - pozostaje teatrem prowincjonalnym, w którym wszystkie próby rewolucjonizowania spektakli spełzają na niczym. Kiedy po 1989 roku wiele teatralnych autorytetów sugerowało, że małe prowincjonalne sceny należy uczynić teatrami impresaryjnymi, gdzie repertuar stanowią sprowadzane wybitne spektakle, z udziałem wybitnych aktorów, tym mocniej broniły one swojego status quo. Może zatem miast płacić pensje otoczonym nimbem "twórców" dyrektorom i ich wybrańcom jako realizatorom, którzy z przekonaniem o własnej wielkości, bez zająknienia biorą pieniądze z naszej kieszeni, fundując nam takie knoty, powinniśmy przekonać władze miasta do nieuknionych zmian i dostosowania poziomu kredytowania kultury do poziomu oczekiwań niekoniecznie przeciętnego zjadacza chleba?!

Recenzja opublikowana na blogu http://joannagrochowska.blogspot.com 16.02.2012