Jego Magnificencja Rektor – człowiek renesansu – bon vivant - wspomnienie o Marianie Jakubowskim

   4 czerwca to dla mnie data szczególna. I wcale nie dlatego, że w 1989 r. z radością uczestniczyłam po raz pierwszy - w ogóle – w dodatku w wolnych wyborach, ale dlatego, że 15 lat wcześniej 4.06.1974 roku w piękny słoneczny dzień, broniłam pracy dyplomowej na kierunku opieka nad dzieckiem z zajęciami praktyczno-technicznymi, u promotora, który był pierwszym, najmłodszym (miał tylko 39 lat) rektorem nowopowołanej w 1971 roku w miejsce Studium Nauczycielskiego, Wyższej Szkoły Nauczycielskiej, doc. dra Mariana Jakubowskiego. Człowieka niepospolitego w każdym calu, mądrego, nadzwyczaj zdolnego, o wielkiej wyrafinowanej inteligencji, który językiem polskim władał jak Wołodyjowski szablą, wprawiając w zdumienie, a często zakłopotanie swoich podwładnych, studentów, gości, interlokutorów. Był absolutnym mistrzem riposty, zgrabnej, zręcznej, często przewrotnej i niesamowicie wieloznacznej, co określało Jego szerokie horyzonty myślowe, renesansowy umysł, pozostawanie ponad podziałami ideowymi, a trzeba pamiętać, że działał i pracował w latach rozkwitu czasów jedynie słusznych z Gierkiem jako narodowym guru, kiedy powtarzano jak mantrę: „Wolno jest myśleć. Nie wolno jest tylko myśleć inaczej” (Żarko Petan). W praktyce znaczyło to, że formalnie musiał być członkiem PZPR, co wcale nie przekładało się na typowe w tym zakresie zachowanie wobec władzy. Rektor Jakubowski szanował przede wszystkim ludzi myślących „inaczej”, zwłaszcza kiedy przywiązani do odmienności myślenia konsekwentnie go preferowali. Potrafił wysłuchać z uwagą największych wrogów ideowych, bowiem w sposób niezwykle łatwy zjednywał sobie sympatię ludzi, jako człowiek otwarty, ciekawy świata i bez skłonności do odwetu. A Jego mantrą były sentencje Stanisława Jerzego Leca: „nie wystarczy mówić do rzeczy - trzeba mówić do ludzi”, czy Karela Capka, że „tylko głupiec nie ma wątpliwości”.
   Był też człowiekiem nieprzewidywalnym, bo np. przestrzegając służbowej elegancji, na moją i moich kolegów obronę przybył w jasnych spodniach i bawełnianej koszulce polo, uprzednio instruując studentów o godnym wyglądzie zdającego. Na tym polegała jego przewrotność, jego chichot jako człowieka władzy, do której miał niesamowity dystans.
   Był bardzo wymagającym partnerem, ale też posiadającym dar życzliwego słuchania, traktowania i pomagania osobom, które uznawał za zdolne. Lubił uczestniczyć w ich kreowaniu i w tym nie znosił sprzeciwu . Umiał wyzwalać pozytywną energię i wiarę w siebie bezinteresowną sympatią i celną, choć bezpardonowo lapidarną oceną. Nie szanował ludzi uległych, miękkich, skłonnych do hipokryzji, dyspozycyjnych do bólu. Wtedy potrafił być bezwzględnym, zimnym, wykalkulowanym człowiekiem, ze skłonnością do złośliwego dokuczania, a nawet prześmiewania.
   Nigdy nie zapomnę pierwszego z Nim spotkania, kiedy przyjechał prosto z Warszawy na spotkanie z bracią studencką, w ówczesnej auli WSN, przy dawnej Alei Zawadzkiego (dziś Armii Krajowej), kiedy to nikt specjalnie nie zauważył, niepozornego, podłysiałego blondyna z wydatnym nosem, chętnie konwersującego z oczekującymi na spotkanie z Jego Magnificencją Rektorem nowej Alma Mater. I jakież było zdziwienie nas wszystkich kiedy ten już zaprzyjaźniony „kumpel” wszedł na scenę i nagle objawił nam się jako nasz rektor, zawstydzając wszystkich bezpośredniością, swobodą bycia, nienaganną, dowcipną i pełną polotu polszczyzną. Naturalność z jaką pełnił tą funkcję była wtedy czymś absolutnie niezwykłym i w pełni zaskakującym, nawet dla tych, którzy już mieli romans ze studiami.
   Zadęcie i pompę zastąpił luzem, swobodą i ciepłym, trafnym dowcipem, choć faktem jest, że nie była to jeszcze oficjalna inauguracja roku akademickiego (pierwszy rok ze względów organizacyjnych zaczynał zajęcia już 15 września, krótko jeszcze obowiązywały dzwonki „na lekcje” i noszenie obuwia zmiennego, tak jak to było w przekształconym Studium Nauczycielskim!), a nieformalne spotkanie studentów nowopowołanej uczelni z jej pryncypałem. Niezależnie od wszystkiego, były to czasy dętej siermiężczyzny, a swada, ekokwencja , które przywiózł ze sobą były zupełnie nową jakością.
   Zdobył sympatie wszystkich, głównie kobiet, bo szybko się okazało, że jest czuły na ich wdzięki, choć różnie się to kończyło dla samych zainteresowanych. Był rzutkim, skupionym na powiększaniu uczelni rektorem, ale np. świetnie się bawił na juwenaliach na pieczeniu barana, pomysłu mojego kolegi z grupy, nieżyjącego już Andrzeja Gąski (byłego pracownika dydaktycznego WSP w Opolu) i wcale Mu to nie przeszkadzało być surowym, wymagającym promotorem, dbającym o rozwój swoich podopiecznych przez wysokie wymagania źródłowo-bibliograficzne, które przy pisaniu pracy dyplomowej wskazywał osobiście w dużych ośrodkach bibliotecznych kraju.
   Pot i łzy towarzyszące pisaniu pracy zostały nagrodzone pełną sympatii i empatii postawą rektora Jakubowskiego na obronie, kiedy stawała ona się bardziej rozmową o studiach i ich kresie niż faktyczną próbą weryfikowania nabytej wiedzy. Doskonale rozładowywał egzaminacyjny stres, a jako świetny obserwator i wieloletni nauczyciel akademicki, umiał właściwie ocenić poziom przygotowania do pracy. Ci wszyscy, którzy się Go bali, a liczna była grupa takich ludzi (w pierwszym terminie nikt się do docenta Jakubowskiego na seminarium dyplomowe nie zapisał), potem nam „wybrańcom” przymuszonego losu zazdrościli. Nie tylko byliśmy pierwsi, ale i mieliśmy atmosferę iście akademicką, sprzyjającą spokojnemu zdawaniu i obronie.
   4 czerwca 2009 roku minie 35 rocznica tego pierwszego dyplomu, w grudniu 2009 roku 19 lat od chwili Jego śmierci. Zbudował, jak na owe czasy, dużą uczelnię humanistyczną, ale dziś już mało kto Go pamięta, częściej wspominając Jego słabości niż zasługi, a są one niepodważalne, tak jak niepodważalnym jest fakt, że już nigdy rektora takiego formatu uczelnia ta nie miała. Mam na myśli prawdziwie nieprzeciętną humanistyczną, renesansową osobowość, której nie ma potrzeby budować żadnego pomnika, bo siła emanująca z tej postaci obroni się sama.

Wspomnienie opublikowane w częstochowskim dwumiesięczniku kulturalnym „Aleje 3”
nr 73 (V-VI)/2009 s. 39-[40]
i na blogu http://joannagrochowska.blogspot.com 4.06.2009