In memoriam Marek Obertyn (1952-2007)
- wspomnienie o niezapomnianym koledze z liceum

   Poznaliśmy się w pierwszej klasie VII Liceum im. Mikołaja Kopernika, do którego przyszło nam razem uczęszczać. W klasopracowni języka polskiego Prof. Marii Rolskiej, która była nie tylko naszą doskonałą polonistką, ale i wychowawczynią, siedzieliśmy obok siebie.
   Marek siedział w ławce ze Staszkiem Płonką, z którym stanowili świetny siatkarski tandem, bo obaj kochali sport.
   Cała nasza, dość liczna, klasa była ponoć wyjątkowo zdolna (jak nawiali nauczyciele), bo na skutek ministerialnych reform, stawiających na rozwój szkolnictwa zawodowego, zmniejszono w całej Polsce liczbę licealnych klas pierwszych, w Częstochowie z 24 do 10. Jednak na skutek zbyt dużej ilości młodzieży, która pozostała poza szkołą średnią, dodano dwie, w tym także w naszym liceum.
   Marek, jak większość z nas, dojrzewających wówczas młodych ludzi był nieśmiałym, choć czasem młodym gniewnym, trochę nieobecnym, trochę zagubionym, trochę błaznującym, trochę zakompleksionym chłopcem. Myślę jednak, że w tym czasie już miał ugruntowaną pasję sportową i... aktorską. Sport był dla Niego fizycznym fetyszem, świetnie rozładowującym stres dojrzewania, ale jednocześnie przy każdej okazji wykorzystywał możliwość „grania”. Brał udział nie tylko w szkolnych przedstawieniach, ale w rozmaitych konkursach, które najczęściej wygrywał. Był synem inżyniera i bardzo długo mówił, że będzie studiował na miejscowej politechnice, bo tak sobie życzy Jego Ojciec, człowiek praktyczny. Pamiętam nasze długie rozmowy, w których przekonywałam Go, że powinien koniecznie pójść do szkoły teatralnej, bo drzemie w Nim ogromny potencjał aktorski. Marek oprócz doskonałej dykcji, wtedy intuicyjnego, ale nadzwyczaj celnego interpretowania tekstów literackich (nigdy nie zapomnę absolutnie porywającej interpretacji nieznanego wiersza Włodzimierza Majakowskiego, którą zrobił na mnie takie wrażenie, że uprosiłam Go by mi go zadeklamował na moich imieninach!) także pięknie śpiewał. Miał doskonały słuch, bardzo delikatny, subtelny głos, którym poruszająco wykonywał francuskie (po francusku) eteryczne i nastrojowe piosenki.
   Pamiętam, jak tuż przed maturą organizowałam akademię na Dzień Nauczyciela, która nie miała być sztampą „ku czci”, a rodzajem kabaretu. Marek wraz z Iwonką Biały pełnili rolę konferansjerów. W scenariuszu posłużyłam się tekstami niekoniecznie „jedynie słusznymi”, z których jeden, Jerzego Minkiewicza, będący przeróbką „Reduty Ordona” nie przeszedł przez szkolną cenzurę. Marek, który „zabawiał” młodzież szkolną przed wejściem na salę nauczycieli, zaryzykował i tekst powiedział, wywołując nie tylko zachwyt swoją interpretacją, ale salwy spontanicznego śmiechu, puentującego dowcip Autora tekstu.
   Niewiele osób wie, że miał propozycję objęcia stanowiska dyrektora częstochowskiego Teatru im. A. Mickiewicza, której nie przyjął. Zamiast Niego, przyjechał Henryk Talar.
   Marek w tamtym okresie zaczął się skupiać na reżyserii i mam wrażenie, że tak naprawdę to było Jego powołaniem. Kiedy w Teatrze na Woli zobaczyłam Jego sceniczną wersję „Przygód Tomka Sawyer’a”, z Bartkiem Opanią w roli głównej, nie mogłam uwierzyć, że z pozornie nie scenicznego tekstu można było zrobić arcydzieło absolutnie sceniczne. Lubił to i docenianiem tej swojej roli bardzo się cieszył. Marek był bowiem bardzo pedantyczny, o rzadkiej zdolności ogarniania całości zagadnienia ze wszystkimi szczegółami.
   Marek był też zapalonym żeglarzem, miał wszystkie niezbędne uprawnienia, a także swój własny jacht, który dwa lata temu gruntownie wyremontował, jak mi opowiadał za honorarium, które otrzymał za pracę w serialu „Pensjonat pod Różą.” „Uciekał” nim na letni wypoczynek, bo mówił, że nic tak nie hartuje i nie pozwala odreagować zawodowego stresu, jak obcowanie z przyrodą.
   Był bardzo ciepłym, serdecznym, życzliwym kolegą, chętnie podtrzymującym kontakty i to On właśnie namówił mnie do zorganizowania spotkania naszej klasy na 30-lecie matury w 2001 roku. W listopadzie 2006 roku, w pięć lat po poprzednim spotkaniu, miało miejsce kolejne, na które jako pierwszy się zgłosił, ale w ostatniej chwili nie dojechał, bo zachorował na grypę.
   A my umówiliśmy się na kolejne, ale już za rok, bo ktoś na spotkaniu powiedział, że pięć lat, to zbyt długo, bo możemy się już w takim gronie nie spotkać... Słowa te okazały się prorocze i wśród nas niestety już zabraknie Ciebie, Marku, który rozpocząłeś ten marsz ku wieczności...

Wspomnienie opublikowane w częstochowskim dwumiesięczniku kulturalnym „Aleje 3”
nr 60 (III-IV)/2007 s. 22