In memoriam... [o Jerzym Dudzie-Graczu]

   „Tak, myślę, że możemy się umówić na 2005 rok, kiedy zakończę prace nad ilustracją dzieł Fryderyka Chopina” – tymi słowami Jerzy Duda Gracz skwitował, na niepowtarzalnym październikowym wernisażu swoich prac w Galerii Lonty Petry, moją prośbę o zorganizowanie kolejnej w Częstochowie wystawy. Pełna nadziei, że znów uda mi się zrealizować pełen szaleństwa plan, na który miałam jedynie pomysł i wiarę, która swego czasu pomogła mi zrealizować dwa inne przedsięwzięcia. Najpierw przenieść z Muzeum Okręgowego w Warce wystawę „Świat Jerzego Kosińskiego” i sprowadzić na jej otwarcie Żonę Pisarza oraz przyjaciela Daniela Passenta, oraz przenieść z Muzeum Historii Miasta Łodzi niepowtarzalną wystawę „Małe formy graficzne” artysty porównywanego z A. Durerem, Henryka Feilhauera.
   Kilka tygodni euforii zamknęła porażająca wiadomość o ulotności ludzkiego istnienia i nieoczekiwanym odejściu na wieczny wernisaż, słowem nieprzewidywalnym losie planów...
   Już po śmierci Artysty, od Jego przyjaciela, Romana Lonty, dowiedziałam się, że miejscowa Galeria Miejska starała się od kilku lat o pokazanie Jego prac.
   Kiedy zostałam poproszona o napisanie tekstu do „Alei 3”, miałam sporo wątpliwości, czy jako tylko miłośniczka sztuki, nie jej krytyk, powinnam to zrobić. Przejrzałam wiec dostępne mi materiały, poprosiłam Pana Romana Lontego o rozmowę, poszłam przyjrzeć się Golgocie Jasnogórskiej...
   Wrażenia jakich doświadczyłam, ułożyły się w poniższy tekst. Nie chcę ukrywać też faktu, że wykorzystuję tu słowa mojego rozmówcy, któremu bardzo dziękuję za pokazanie mi szlaków wcześniej niedostrzeżonych...
   Jerzy Duda Gracz budował swój hermetyczny, zamknięty świat jak przez szkło powiększające. Świat ten był wielowymiarowy, pełen emocji, najczęściej skrajnych, ale Artysta lubił aby wciąż wokół niego wrzało, kipiało. Prowokował zatem swym nieokiełznanym temperamentem, wywołując intensywne twórcze natchnienie, dzięki któremu powstawały różnorodne, sprawne warsztatowo, wyraziste obrazy, często całe ciągi tematyczne.
   Prace Jerzego Dudy Gracza, tak jak to w sztuce bywa, były subiektywnym opisem otaczającej rzeczywistości, ale i „zapisem” twórczej wyobraźni, ilustrującej zdarzenia metafizyczne. Wzbogaca obrazem prześmiewcze teksty literackie (Chłop żywemu nie przepuści, Dialogi na cztery nogi), odnosi się do postaci literackich czy malarskich (Hamlet polny, Józefowi Chełmońskiemu), akcentem autoironicznym czyniąc cykl autoportretów (Autoportret z rodziną, Autoportret 1970, Autoportret 1980, Autoportret 1981, Autoportret 1982).
   Tym samym inteligentnie szydzi z cech i symboli narodowych, ośmiesza hipokryzję Polaków i dęty patos, pod którym kryje się ... pustka.
   Tylko z powszechnie szanowanych postaci życia publicznego (Rudzki, Waldorff) nie czyni przedmiotu karykatury, podkreślając z przymrużeniem oka i humorem ich cechy charakterystyczne.
   Ogromne, niemal pomnikowe dzieło Golgota Jasnogórska, to cykl 18 obrazów ilustrujących, a może raczej interpretujących Drogę Krzyżową, wedle artystycznego zamysłu Jerzego Dudy Gracza. Cykl kontrowersyjny, wywołujący przeróżne, skrajne spory. Ale jednocześnie Artysta czyniąc z krzyża symboliczne przesłanie pokory wobec życia, łączy oglądających, niezależnie od ich zachwytu czy krytyki dla całości swego dzieła.
   Myślę, że największym sukcesem Jerzego Dudy Gracza stał się fakt, że jego malarstwo jest wciąż aktualne, może nawet bardziej teraz, niż w czasach kiedy powstało. Z kronikarza codzienności stał się wizjonerem przyszłości. Ulice są bowiem nadal pełne starych, biednych i brzydkich ludzi (Motyw polski: Rura, Sztafeta), zwłaszcza dziś, kiedy wkroczył do Polski drapieżny kapitalizm a wyż zastąpił niż demograficzny, biura pełne pijących z zapałem kawę biurw (Krzyż polski – biurwa), a kolejki lubianą formą „spędzania czasu” (Krzyż polski – kolejka).
   Osiągając dojrzałość artystyczną, budując swoje, jakże trafne, odniesienia do rzeczywistości nabrał prawa do pouczania, stał się mentorem. Nie lubił krytyki za to, że złośliwie nazywano Go kronikarzem PRL-u i odwdzięczał się jej nazywając środowisko warszawskie „warszawką”, a „skundlonymi partaczami” środowisko Krakowa.
   Swoją twórczość nazywał uparcie obrazami, nie malarstwem; gdy przygotowywał wystawę, nigdy nie mówił o wystawie malarstwa, tylko o wystawie obrazów, czego dowodem tekst w katalogu retrospektywnej wystawy z Nowego Jorku, wydanym na 30-lecie pracy artystycznej: „Z okazji jubileuszy artyści najczęściej prezentują na wystawach swój dorobek, jako sumę dokonań i osiągnięć. Nie podzielam tego poglądu. Mimo upływającego 30-lecia pracy artystycznej, miałbym kłopoty z taką prezentacją, bo sądzę, że wciąż jestem w drodze(...) (...) Chcę pokazać po prostu to, czym się aktualnie zajmuję. Proszę zatem przyjąć tę wystawę mniej jako jubileuszowy pokaz możliwości, a bardziej jako intymne zwierzenie czego szukam w drodze do obrazu”.
   Zdaniem Mirosława Borusiewicza, dyrektora Muzeum Sztuki w Łodzi, które posiada dwie jego prace malarskie, obie z 1974 roku, zatytułowane: Autoportret podług Caravaggia, oraz Wenus Wełnowiecką:
   Posiada on swoistą wartość jako komentator rzeczywistości społecznej. Liczni prekursorzy (np. G. Grosz) znajdują w nim interesującego na polskim gruncie kontynuatora. Zaliczany jest do twórców sztuki popularnej, choć bardzo przemawiającej do wyobraźni. Z całą pewnością dzieła miłe w oglądaniu i ważne społecznie.

   Z kolei Elżbieta Hurnikowa wspomina: Z Jerzym Dudą Graczem zetknęłam się po raz pierwszy osobiście bodaj w późnych latach 80. Pojechałam wówczas z grupą studentów WSP w Częstochowie na umówione wcześniej z Artystą spotkanie w Bytomiu [...] Jerzy Duda Gracz wprowadził nas w świat własnej sztuki, w jej tematy, obsesje, zakamarki, mówił o tym, czym jest dla Niego twórczość; przyjrzeliśmy się „z bliska” Jego warsztatowi malarskiemu. Ważną częścią spotkania była rozmowa o sztuce w ogóle, zwłaszcza o architekturze współczesnej, której Duda Gracz zarzucił brak własnego stylu („styl mauretańsko-mazowiecki”, „namiotowy”). Pamiętam też, jak w humorystyczny i właściwy sobie, pół-ironiczny sposób przeciwstawiał odległy jeszcze wtedy i nie dla każdego dostępny świat Zachodu – plakatowy, oleodrukowy, nieautentyczny – polskiej prowincji, tej z podwarszawskich okolic, nieefektownej, karykaturalnej, ale prawdziwej, do której się tęskni, może absurdalnie, będąc za granicą[...] Wiele osób podkreśla, że żył ostatnio w wielkim napięciu twórczym, w pośpiechu, jakby się obawiał, że nie zdoła ukończyć tego, co rozpoczął. Można powiedzieć, słowami poety, że Jerzy Duda – Gracz był „wpół drogi”, ale jestem przekonana, że wielcy artyści nigdy nie kończą swego dzieła.
   Triumfem sztuki nad słabością życia i nieuchronnej śmierci, jest trwanie spuścizny artystów, niezależnie od tego, czy stanowi ona dzieło skończone czy nie.

Wspomnienie opublikowane w częstochowskim kwartalniku kulturalnym „Aleje 3”
nr 50 (IV-VI)/2005 s. 26-27