In memoriam Zofia Nasierowska

3 października odeszła Zofia Nasierowska. Trudno znaleźć słowa, które są w stanie oddać tą stratę dla naszej kultury, historii polskiej fotografii i dla nas samych. Polska bowiem straciła artystkę, która swoim niezwykłym widzeniem świata i ludzi, potrafiła za pomocą aparatu fotograficznego i umiejętnego posługiwania się światłem wydobyć z nich tajemnicze piękno, na zawsze pozostające oglądającym pod powiekami i której swoimi pracami genialnie udało się werbalizować słowa Sama Levensona i Alfreda Aleksandra Konara: „[...] jeżeli chcesz mieć piękne oczy, to szukaj nimi dobra drzemiącego w ludziach [...]”, a „najpiękniejszym co możemy odkryć, jest tajemniczość”.
Zofia Nasierowska, czarodziejka nastroju, niekwestionowana królowa fotografii, kochała swoje uwieczniane istoty „w całości”, bo mówiąc słowami Witolda Gombrowicza „jeśli kto kocha tylko piękno i czystość, to kocha zaledwie połowę istoty”, a na to nie chciała sobie pozwolić. Patrząc po wielu, wielu latach na Jej prace nie można oprzeć się wrażeniu, że Anne Leibowitz mogła by się od Niej uczyć! Nie wolno też zapominać, że artystka swoją karierę zawodową przeżywała w jedynie słusznych, szarych czasach, kiedy wszystko, także materiały fotograficzne się zdobywało. Mimo tego i mimo, że uprawiała czarno-białą fotografię przez całe lata wzbogacała nasze widzenie świata postaciami tak pięknymi, że czasem nierealnie „kolorowymi”. Nie wolno też zapominać, że przez całe lata wzbogacała naszą kulturę niepowtarzalną, niezapomnianą sztuką „zdejmowania” obiektywem tak swych wybrańców, by mimochodem czynić swoją sztukę nieśmiertelną.
Jako nastolatka byłam zakochana w aktorach i aktorkach, wycinałam ich zdjęcia z gazet, wklejałam do zeszytu i cieszyłam się nimi jako postaciami z nieznanego dla mnie świata. Przez ten czas do wycinania służyły tylko biało-czarne okładki pism, które przyciągały wzrok emanującym z nich niebanalnym pięknem artystów fotografowanych przez Zofię Nasierowską, odkrywanych charakterystycznym tylko dla Niej spojrzeniem w jakiś metafizyczny sposób, nadający im zjawiskowy wymiar. Te utrzymane w klimacie szarości portrety na zawsze zapadały w pamięć, a sposób fotografowania był niedoścignionym wzorem dla innych i z perspektywy nieubłaganego dla oczu Zofii Nasierowskiej czasu widać, że nikt nigdy szczęśliwie nie stał się Jej naśladowcą. Każda próba była kiczem, karykaturą, nieudolnym udawaniem. Nawet nadejście ery kolorowych zdjęć i nowoczesnej techniki oraz postępujące kłopoty ze wzrokiem, które wykluczyły Ją z aktywnego fotograficznego życia, nie zabrało tej cudownej, eterycznej kobiecie palmy pierwszeństwa. Miałam wielkie szczęście i zaszczyt poznać Ją w Jej mazurskiej posiadłości, kiedy nie była już czynnym zawodowo fotografem, a prowadzącą z mężem pensjonat, w którym można było zjeść różne wymyślne lub przaśne specjały prawdziwie staropolskiej kuchni i przypomnieć sobie smak prawdziwego chleba oraz poczuć smak, aromat i klimat życia w zgodzie z naturą. Pamiętam, jak niezdarnie starałam się wyrazić swoje dla Niej uwielbienie i podziękowanie za piękno, którym nas obdarzyła.
Od lat boli mnie bardzo, że polscy wystawcy ani w czasie przeszłym ani teraźniejszym nie wpadli na pomysł zrobienia retrospektywy prac Zofii Nasierowskiej, szczególnie, że Jej siostra to też artysta fotografik. Byłaby pewnie wymarzonym kustoszem wernisażu, osobą najlepiej czującą fenomen zmarłej Artystki.
Dziś tymi skromnymi słowy ja chciałabym złożyć należny Jej hołd, natomiast Jej Wielkość i Skromność zasługują na słowa Platona:
„Myśleć to co prawdziwe, czuć to co piękne i kochać co dobre – w tym cel rozumnego życia”.

Wspomnienie opublikowane na blogu http://joannagrochowska.blogspot.com 4.12.2011